Kubańskie przygody. Część 3. Cienfuegos,Trinidad i Santa Clara
 AUTOR: tpadm  /  przeczytano: 3074 razy
 
 

Zwiedzanie Kuby wynajętym samochodem jest trochę trudniejsze niż Madery czy Wysp Kanaryjskich. Największą przeszkodą są ogromne odległości. Aby przejechać z zachodu na wchód trzeba pokonać 1200 kilometrów. Biorąc pod uwagę cenę i jakość dobrych hoteli (a więc i niechęć przebywania poza nimi zbyt długo), zwiedzanie we własnym zakresie nie jest tutaj zbyt popularne. Dla nas jednak wolność w podróżowaniu i uniezależnienie się od sztywnych planów wycieczek autokarowych była większa od strachu i innych ograniczeń. Ułożyliśmy jednak plan zwiedzanie tak, aby tylko jeden wyjazd wymagał noclegu z dala od luksusów Varadero. 

1
Zdjęcie na trasie z Trinidadu do Santa Clara (zrobione z okna samochodu).

Podróżowanie po Kubie jest samo w sobie atrakcją. Większość terenów jest pusta i spokojna. Ludzie mieszkają w niewielkich miastach o mocno zwartej zabudowie, przez które prowadzą główne drogi przejazdowe. Samochodów jest niewiele. Transport cofnął się tu do tego w XIX wieku (tylko w Hawanie i okolicach pozostał w latach 50-tych XX wieku). Już kilkanaście kilometrów na wschód od Varadero wpada się w pierwszy korek złożony z samych zaprzęgniętych końmi bryczek. Komunikację miejską stanowią także ciężarówki (np.: pełne ludzi przemysłowe wywrotki). Poza miasteczkami podróżuje się w prawie całkowitej samotności. Wokół znajdują się albo rozlegle pola, albo tropikalny busz. Na drogi nie można specjalnie narzekać. Na Niemcach czy Kanadyjczykach liczba dziur może zrobiłaby wrażenie, nas jednak trudno w tym temacie zadziwić. Główna autostrada, stanowiąca kręgosłup wyspy, to szeroka, trzypasmowa estakada. Pomimo ogromnej ilości łat, jest dość równa (w Polsce nie przetrwałaby zimy, tu jednak mróz ludzie znają tylko z opowieści). Jazda nią jest dość surrealistyczna (w trakcie godziny widzieliśmy jeden samochód). Poza głównymi trasami jest dość niebezpiecznie. Drogi często przechodzą w szutrowe (to akurat plus - bo wtedy często jest równiej). My trafiliśmy w miejsca, w których trasa była zasypana kamieniami - kilka trzeba było odrzucić, aby móc przejechać.  W tym miejscu warto zaznaczyć, że jest jedna rzecz, na którą trzeba uważać prowadząc na Kubie samochód. Spowodowanie wypadku przedłuża wakacje nawet do kilku lat, pomimo wykupionego ubezpieczenia. Turysta jest zatrzymany do czasu wyjaśnienia sprawy (co w rzeczywistości trwa całe wieki). Ryzyko wypadku nie jest jednak wielkie. Ludzi poza miastami prawie nie ma, a w miasteczkach człowiek się wlecze w korku złożonym z dorożek. Jedynym realnym niebezpieczeństwem są ludzie, którzy z powodu braku chodników i przejść dla pieszych,  spacerują drogą i przechodzą przez nią bez jakiegokolwiek spojrzenia na boki. 

2
Czym dalej od Hawany i Varadero tym biedniej. Oprócz państwowej ciężarówki na zdjęciu widać lokalny "autobus" (lewy dolny róg).

3
Coraz mniej samochodów, coraz więcej dorożek.

4
Pusta i szeroka autostrada. Brak nie tylko innych samochodów, ale i infrastruktury (stacji benzynowych, toalet). Pomimo wielu łat droga jest dość równa.

Jazdę po wyspie utrudnia także oficjalny zakaz korzystania z nawigacji satelitarnej. Przywóz takich urządzeń jest nielegalny (zostają skonfiskowane na granicy), ale i bezsensowny, gdyż żaden producent nie oferuje gotowych zestawów map okolicy. Mamy jednak drugą dekadę dwudziestego pierwszego wieku i trwającą już kilka lat rewolucję smartfonową. Co prawda jazda z „google maps” odpada (brak Internetu), są jednak inne darmowe alternatywy. Stworzone przez internautów OpenStreetMap są wystarczająco precyzyjne a na Androida jest szereg darmowych aplikacji do nawigacji, wykorzystujących jej zbiory. Telefony nie są konfiskowane, więc jeszcze w Polsce pobrałem OSMand  i cała mapę Kuby. Nawigacja „turn-by-turn” była naszą towarzyszką podróży przez ponad 2 tysiące kilometrów.

Głównym celem naszej dwudniowej wycieczki był Trinidad. Planując trasę, postanowiliśmy odwiedzić po drodze także Cienfuegos – jedyne ciekawe miasto na trasie. Nie wiedzieliśmy o nim wiele. W zabranym z Polski książkowym przewodniku nie poświęcono mu dużo miejsca, a o poszukiwaniu informacji w Internecie można na Kubie zapomnieć. Objechaliśmy trochę centrum za główny cel obierając sobie stojący na wysuniętym punkcie w zatoce neogotycki Palacio de Valle. Ten przedziwny budynek zbudowany został w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Jego architektura to mieszanina skrajnych stylów z wyraźną inspiracją arabską (taka tania Alhambra). W środku znajduje się dość ekskluzywna restauracja serwująca dania rybne. Na dachu znajduje się duży taras widokowy z małym barem. Miasto położone jest przy sporej zatoce, jednak z dala od jej wąskiego ujścia, dlatego sprawia wrażenie, jakby leżało nad jeziorem. Okolica jest stosunkowo płaska, niewielkie ale malownicze góry majaczą na wschodzie, w stronę Trinidadu. 

5
Palacio de Valle - jedna z nielicznych oaz względnego luksusu.

6
Góry na wschód od Cienfuengos a na północ od Trinidadu.

7
Palacio de Valle - zbudowany z rozmachem, jednak sprawia wrażenie "Disneylandu".

8
Palacio de Valle.

9
Widok z dachu Palacio de Valle

10
Taras na dachu Palacio de Valle.

11
Odległa perspektywa z dachu Palacio de Valle

12
Palacio de Valle.

13
Palacio de Valle.

14
Palacio de Valle.

Trasa do samego Trinidadu jest bardzo fajna. Równa i pusta droga prowadzi wzdłuż wybrzeża a sama okolica przestaje być płaska. Kilka kilometrów przed miastem zatrzymaliśmy się u przydrożnych handlarzy owoców.  Na Kubie sprzedaż owoców i innych dóbr poza sklepami zazwyczaj jest prowadzona w dość oryginalny sposób. W większości przypadków stojący przy drodze ludzie wychodzą przed jadące samochody z naręczami bananów i innych przysmaków. Nie mają żadnych pojemników czy nawet siatek. Wyglądają trochę tak, jakby wyszli z lasu z tym co mają w rękach. Oczywiście kierowca zamiast zastanawiać się nad tak zaprezentowaną ofertą, skupia się na bezpiecznym ominięciu ryzykującego życiem handlarza. W okolicach Trinidadu na szczęście było bardziej cywilizowanie. Ta drewniana budka była naprawdę wyjątkowa. Za reklamę robiły same owoce (w większości kompletnie nam nieznane) i uśmiech stojących za nimi sprzedawców. Brak jakiejkolwiek nachalności (tutaj coś niespotykanego) zachęcił nas to skorzystania z oferty. Oczywiście ceny były przygotowane pod turystów. 2 CUC za świeży orzech kokosowy? Znamy realia, wiemy że to średni kubański czterodniowy zarobek. Postanowiliśmy potraktować ten wydatek jako wsparcie lokalnych przejawów kapitalizmu. Zachwyceni naszymi odwiedzinami mieszkańcy domków zza budek przynieśli nam jeszcze miód z własnej pasieki (tzn. na poczekaniu wyciągnęli ramkę z miodem z ula) - był rewelacyjny, nieprawdopodobnie gęsty i słodki, całkiem inny niż miody w Polsce. Niczego nie chcieli w zamian (dziwne) i raczej traktowali całą sytuację jako możliwość pochwalenia się przed gośćmi owocami własnej pracy.

15
Kowboje na trasie do Trinidadu. Zanim zdążyliśmy wyciągnąć aparat, krowy schowały się za drzewami:).

16
Miły widok dla oka - jedna z nielicznych oznak lokalnego kapitalizmu.

17
Zamówiony kokos właśnie został przygotowany. Jeszcze tylko włożyć słomkę...

Przed Trinidadem zatrzymała nas policja…

Pamiętamy milicję z czasów komunizmu, dlatego czuliśmy lekki niepokój przed kontaktem z aparatem władzy. Ten jedyny będziemy jednak wspominać dość ciepło. Po rutynowej kontroli dokumentów wyjawili nam główny powód zatrzymania. Przestrzegali nas przed grasującymi na wjeździe do Trinidadu rowerzystami, nachalnie zatrzymującymi samochody (często także je uszkadzając), którzy chcą wyłudzić pieniądze i zareklamować główne gałęzie lokalnej gospodarki - parkingi, restauracje i prywatne kwatery do wynajęcia. Uwagi policji były trafne (pomogło agresywne trąbienie i kontunuowanie jazdy).

Swoją drogą takie zachowania są po części efektem polityki rządu. Na Kubie reklama jest zakazana. Jedynie przydrożne murale propagują rewolucję. Lokalny biznes nie ma więc łatwo. Właściciele kwater nie mogą nawet umieszczać informacji o tym na własnych ścianach. Dlatego tutaj mamy do czynienia z lokalną odmianą marketingu szeptanego - zamęczanie przez zaczepianie. Tak działają niestety prawie wszyscy obywatele. Nocleg oferował nam każdy - oficjalni przewodnicy, dozorcy na parkingach jak i sama policja. 

Centrum Trinidadu jest niesamowite. Zdecydowanie nie przypomina żadnej miejscowości turystycznej. To małe miasteczko - za to z zachowaną oryginalną kolonialną architekturą. Drogi w całym centrum zrobione są z dość równego bruku, jednak jazda z prędkością większą niż 2 km na godzinę nie wchodzi w grę. Starsze panie o lasce spokojnie mogą wyprzedzić tu samochód. Trinidad w całości został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Centrum jest świetnie odnowione - i co ważne, nie sprawia wrażenia wymarłego. W kilkusetletnich kolorowych domkach mieszkają całe rodziny wieczorami wysiadujące w otwartych drzwiach bądź gromadzące się w jedynej izbie przed telewizorem. Mieszkańcy są przyzwyczajeni do turystów, ale i tak trzeba się mocno odgarniać od chcących się zaprzyjaźnić naganiaczy. 

18
Główny plac Trinidadu.

19
Centrum Trinidadu - jedno z nielicznych oryginalnie zachowanych miast kolonialnych.

20
Trinidad.

21
Trinidad.

22
Trinidad. Jedną z charakterystycznych cech miast kolonialnych, wyraźnie widoczną w Trinidadzie, jest wielkość okien. Często sięgają one ziemi.

23
Trinidad.

24
Główny sklep dla miejscowych w centrum Trinidadu niewiele różni się od naszych z okresu komunizmu. Na zdjęciu można zobaczyć 80% asortymentu.

25
Trinidad.

Nasz plan zakładał spędzenie w Trinidadzie nocy. Nie skorzystaliśmy z oferty prywatnych kwater. Nie przez lęk, ale przez ciągle poczucie, że każdy patrzy na nas jak na chodzący worek z pieniędzmi. Woleliśmy wynająć w lokalnym biurze podróży nocleg w kompleksie hotelowym na wzgórzu na północ od miasta (10 minut pieszo od centrum). Hotel Las Cuevas, reklamowany w przewodniku jako kierowany dla turystów z zasobniejszym portfelem, był zaskakująco tani (15CUC za nocleg). Nie mógł równać się z luksusami Varadero, ale miał dość ładny słoneczny taras z basenem i przepiękny widok na Trinidad i pobliskie wybrzeże. Po zameldowaniu się w hotelu postanowiliśmy zrobić nocny spacer po mieście, i co ciekawe, czuliśmy się o wiele bezpieczniej niż w ciągu dnia. Naganiacze zniknęli wraz z grupami wycieczek, a miejscowi wyglądali ze swych domków uśmiechem witając nielicznych spacerujących turystów. Odwiedziliśmy jedną z działających w centrum restauracji, w której kelnerką była poznana przez nas wcześniej kobieta. W całej restauracji byliśmy sami, to jednak nie stanowiło przeszkody dla ściągnięcia lokalnego kwartetu, który kubańskimi rytmami umilał nam wieczór. Następnego ranka planowaliśmy odwiedzić lokalne muzeum. Jedynym prawdziwym powodem odwiedzin była możliwość wyjścia na jedyną w mieście wieżę i zobaczenia panoramy okolicy. Niestety problemy zdrowotne pozwoliły nam przeżyć całkowicie inną - o wiele bardziej interesującą przygodę – zetknięcie się z tak wychwalaną kubańską medycyną.

26
Wieczorna panorama Trinidadu i pobliskiego Morza Karaibskiego z tarasu w hotelu Las Cuevas.

27
Taras z basenem w hotelu Las Cuevas.

Niewiele jest rzeczy, z których rewolucja kubańska jest naprawdę dumna. Fidel  twierdzi, że dzięki rewolucji zlikwidowano analfabetyzm i wprowadzono nowoczesną medycynę. Chwali się, że kubańscy lekarze są towarem eksportowym wyspy (mają nawet międzynarodowy program "lekarze za ropę"). Instytuty badawcza potrafią opracować i opatentować nowe leki. Jak to wygląda w praktyce: medycyna na Kubie nie istnieje! Lekkie ale dokuczliwe dolegliwości zdrowotne zaprowadziły nas do międzynarodowego instytutu medycznego w Trinidadzie, zapewniającego opiekę zdrowotną zagranicznym turystom. Główna „dewizowa” apteka była wyposażona podobnie do samochodowej apteczki. Czy były leki? Może jakieś były, ale mieliśmy wrażenie, że najmocniejszym specyfikiem tu dostępnym, był lokalny odpowiednik kremu Nivea. Powierzchnia apteki to 2 metry kwadratowe (z czego większość zajmuje biurko), a cały asortyment zmieściłby się w jednej szufladzie. Oczywiście potrzebnego nam  leku, dostępnego w Polsce bez recepty, nie było, a farmaceutka podpowiedziała,  że taki lek to może jakimś cudem znajdziemy w Santa Clara, albo w Hawanie ale nie da nam gwarancji i sprawdzić tego też nie jest w stanie. Zamiast wiec kontynuować zwiedzanie Trinidadu, szybko wróciliśmy do hotelu i po spakowaniu ruszyliśmy do położonej na północy Santa Clara. 

28
Jadąc z Trinidadu do Santa Clara widoki stają się coraz ciekawsze.

29
Z Trinidadu do Santa Clara.

Pomiędzy Trinidadem a Santa Clara znajdują się góry. Można je dość łatwo objechać (głównie od wschodu). Nasza nawigacja akurat teraz postanowiła sprawić nam psikusa i miała inne plany dotyczące wyleczenia naszych dolegliwości. Będąc gdzieś w połowie objazdu, postanowiła, że trasa powinna być bardziej malownicza i zaprowadziła nas w góry. Nim dostrzegliśmy swój błąd, byliśmy wiele kilometrów od skrzyżowania. Postanowiliśmy zaryzykować i kontynuowaliśmy podróż. Po kolejnych dziesięciu kilometrach asfalt stał się dziurawy w skali niewyobrażalnej nawet w Polsce (sami nie wierzyliśmy, że to możliwe). Gdy pagórki przeszły w góry, skończył się także i sam asfalt (co akurat było pozytywne, bo szuter był o wiele lepszy od wcześniejszej nawierzchni i pokonując szerokie serpentyny 80-tką nie czuliśmy żadnych nierówności). Oczywiście kilka razy musieliśmy się zatrzymywać w celu odrzucenia kamieni z drogi a raz na zbadanie głębokości błotnistego strumienia, który przepływał w poprzek naszej trasy. W trakcie całej podróży przez góry minęła nas tylko stara rosyjska ciężarówka przerobiona na wersję pasażerską oraz wojskowy samochód terenowy. Widoki były jednak piękne - a co najciekawsze, adrenalina wyleczyła wszystkie wcześniejsze dolegliwości. 

30
W podróży z Trinidadu do Santa Clara. Droga zaprowadziła nas w góry.

31
Z Trinidadu do Santa Clara. Lokalna komunikacja publiczna.

32
Sancho Pansa po emigracji na Kubę.

33
Asfalt się skończył :). Na szczęście kamienie są od niego równiejsze.

34
Komunikacja miejska - wersja terenowa. Jak widać nawierzchnia nie sprzyja naszemu peugeotowi.

35
Zwierzęta nie zwracały na nas specjalnej uwagi. W kubańskim słońcu nawet ptaki są leniwe.

36
Z Trinidadu do Santa Clara.

37
Z Trinidadu do Santa Clara.

38
Z Trinidadu do Santa Clara. Tutaj nie da się zboczyć z trasy, bo po obu stronach ciągnie się prawdziwa zielona ściana. Jakość drogi była (jak widać) fatalna. Taka nawierzchnia ciągnęła się przez 40 kilometrów (czasem stając się sporo gorszą).

Trzeba też uczciwie przyznać, że takiej biedy jak tu, nie widzieliśmy nigdzie. To nie był trzeci świat. To mroczne średniowiecze ale za to pełne miłych i uśmiechniętych ludzi. Niektóre pojazdy nie miały nawet kół, sunęły na prowizorycznych płozach ciągnięte przez woły. Nielicznie konie nie miały nigdy na swoim grzbiecie siodła (jazda odbywała się na oklep albo na zawiniętych, starych kocach). Płoty zrobione były z gałęzi a wiele miniaturowych domów było przykładem tego, że kąt prosty nie jest wcale czymś naturalnym w architekturze. Oczywiste dla nas elementy naszego otoczenia (np.: szyby w oknach, woda) tutaj są znane z opowieści. To miejsce gdzie ludzie codziennie z godnością walczą o napełnienie własnych garnków. Co ciekawe - ich standard życiowy często był lepszy od wielu ludzi w Hawanie (na pewno w zakresie dostępu do żywności, której sami przecież byli producentami). 

39
To chyba najbiedniejsze tereny na wyspie. Jednakże wbrew temu co widzieliśmy w miastach, tutaj bieda była znoszona z godnością i klasą. Obejścia domów były czyste i zadbane.


41
Lokalny gatunek sępa to chyba najczęściej występujący ptak na wyspie.

42
Fauna wiejska.

43
Delikatesy mięsne cieszyły się sporą popularnością.

44
Korek w jednym z nielicznych miast mijanych na trasie z Trinidadu do Santa Clara. Sobota - dzień targowy.

45
Kapitalizm pełna gębą. Usługi kwitną!

Dzięki wskazówkom mieszkańców Santa Clara, znaleźliśmy aptekę. Była to jednak apteka dla miejscowych. Poziom farmaceutów, wyposażenia, czystości i wszystkiego z czym spotykamy się w europejskich aptekach, tutaj urąga wszystkim znanym nam standardom i przypomina bardziej znachorstwo. Przepisywane przez lekarza medykamenty i tak przeważnie nie są dostępne. Udaliśmy się do wskazanej apteki międzynarodowej. Po długich poszukiwaniach właściwej apteki postanowiliśmy o nią zapytać u optyka (mają optyka!), który znajdował się we wskazywanym nam miejscu. Rozmowa (po hiszpańsku oczywiście) w wolnym tłumaczeniu wyglądała następująco:

- my: Czy nie wie Pan gdzie jest apteka?

- ekspedientka: Tak, tutaj (wskazując jedną półkę na której znajdowała się... apteka).

O lekach mogliśmy zapomnieć. Zdrowotne zalety algorytmu nawigacji wygrały z wychwalaną przez reżim medycyną.

46
Santa Clara jest stolicą regionu.

47
Santa Clara ma dość bogatą przeszłość, co widać po dekoracjach kamienic. Może dzięki takim prowizorycznym działaniom, jej zabytki dotrwają lepszych czasów.

48
Santa Clara. Na twarzach ludzi nie widać biedy.

Santa Clara turystycznie ważna jest tylko z powodu mauzoleum, w którym spoczywa słynny Che. Oczywiście dalecy jesteśmy od uwielbiania tego bohatera rewolucji (gdybyśmy mieli wybierać między nazwaniem go bohaterem czy zbrodniarzem, bliżej byłoby mu chyba do tego drugiego). Fakt jest jednak taki, że to jeden z nielicznych kubańskich akcentów obecnych w kulturze światowej wiec trzeba było to miejsce odwiedzić. Na szczęście sama wizyta w mauzoleum jest darmowa, nie  ma się więc poczucia wspierania reżimu. Mauzoleum to, nad którym góruje wielki pomnik Che Guevary, składa się z 2 części. Na prawo od wejścia znajduje się część muzealna, gdzie możemy obejrzeć pamiątki pozostałe po tutejszym bohaterze (stare aparaty fotograficzne, dyplom ukończenia medycyny itp.). Na lewo znajduje się pomieszczenie z jego grobem. Przed samym mauzoleum znajduje się wielki betonowy plac przygotowany specjalnie na masowe imprezy. Mocno kontrastuje on z przylegającymi do niego ruderami, przypominającymi slumsy. W samym muzeum jak i przy grobie, nie można robić zdjęć (porządku pilnują stojący wokoło żołnierze). Nie można też wnosić ze sobą żadnych toreb, wszystko trzeba zostawić w punkcie przed wejściem. Kilkadziesiąt metrów za budynkiem znajduje się ogólnodostępna toaleta, w której znajduje się sprzęt z napisem "Made In USA", który świetnie kontrastuje z rewolucyjną tematyką miejsca. 

49
Santa Clara - mauzoleum Enresto Che Guevara.

50
Pod pomnikiem z płaskorzeźbami znajduje się muzeum Che.

51
Pod samym pomnikiem Che znajduję się jego grób.

52
Wielki plac przed mauzoleum Che Guevery.

Czy warto odwiedzić te tereny? Aby choć trochę poczuć klimat Kuby nie wystarczy Varadero i Hawana. Ta prawdziwa Kuba kryje się w rozpadających ruderach pośród malowniczych gór, jest w uśmiechu dumnych i przyjaznych mieszkańców,  których reżim doprowadził do przygniatającej biedy. Obraz Kuby to nie obraz naciągacza stojącego w Hawanie pod wyremontowanym za pieniądze UNESCO pałacem ale widok chłopca strzyżonego przez dziadka na małej werandzie przed domem, kobiety robiącej pranie w misce wody, uśmiechniętych dzieci machającym ludziom „z lepszego świata”. Serce rośnie, gdy macha Ci dwóch uśmiechniętych staruszków orzących niewielkie i bardzo strome poletko domowej roboty pługiem ciągniętym przez niedożywionego woła. Tereny na wschód od Hawany są też o wiele ciekawsze geograficznie i bardziej malownicze. Niektóre widoki mogą przypominać te toskańskie (nie licząc wszechobecnych "betonowych" palm). Takie samodzielne wycieczki to coś, co dla nas jest decydujące jeśli mowa o wrażeniach z całych wakacji. Miło wspominamy stolicę i kąpiele w Morzu Karaibskim, ale to właśnie takie eskapady zostaną w naszej pamięci na lata.




Podobała się relacja?   Załóż konto i dodaj własną!