Rajska wyspa Bali - część pierwsza
 AUTOR: tpadm  /  przeczytano: 2618 razy
 
 

Gdyby przeprowadzono wśród Polaków (a pewnie i nie tylko) ankietę, w której zadano by pytanie „Które według Ciebie miejsce na ziemi jest najbardziej podobne do biblijnego raju” mogę iść o zakład, że jedno z czołowych miejsc zajęłoby Bali. Ta indonezyjska wyspa, położona na północ od Australii jest dla wielu wręcz synonimem luksusu i prawdziwym Świętym Gralem turysty. Wystarczy pójść do pierwszego biura podróży, żeby się o tym przekonać. Pikanterii dodaje też pozorna niedostępność („w końcu daleko i bardzo drogo..”). Na początku grudnia ubiegłego roku postanowiliśmy osobiście skonfrontować stereotyp Bali z rzeczywistością. Ponieważ udało się nam znaleźć tanie bilety do Bangkoku, a doszliśmy do wniosku, że z stamtąd to już jedyne 5 godzin lotu :-) wiec grzech nie skorzystać. 

1
Bali - rajska wyspa na drugim końcu świata.

2
Gdzieś na trasie z Bangkoku na Bali. W mega ciasnym, śmierdzącym samolocie, w którym stewardessy ubrane są w firmowe jeansy :).

3
Już chcemy być na Bali! Z chmur wyłania się wielki wulkan Agung.

Wyjazd postanowiliśmy zorganizować „hucznie” i zaszaleć trochę przy wyborze hoteli. Ponieważ grudzień to niski sezon (wyłączając okres bożonarodzeniowy), udało się nam skorzystać z wielu świetnych promocji i zniżek. Dzięki temu mogliśmy rezydować w miejscach, na które nigdy nie moglibyśmy sobie pozwolić. Pierwsze 3 dni spędziliśmy Viceroy Bali (w miejscowości Ubud). W hotelu tym typowa klientela raczej ogranicza się do szejków z Dubaju i rosyjskich multimilionerów. Wybraliśmy  najzwyklejszy i najtańszy pokój z oferty. Ot zwykła sypialnia z łazienką – jedyne 150 metrów kwadratowych gustownego przepychu :-). Otwarta łazienka to nie tylko ogromna wanna, 2 umywalki, prysznic (4 metry kwadratowe   drugie tyle otwartej na deszcz powierzchni z podświetlanymi rzeźbami), gustowne kapcie, szlafroki oraz lokalne kosmetyki i kwiaty migdałowca w każdym możliwym miejscu. Główną atrakcją łazienki był uwaga mały, prywatny i bardzo gustowny basen o powierzchni (na oko) 16 metrów kwadratowych i 1.5 metra głębokości. 

4
Widok na hotelową część spa i dolinę, w której wieczorem na palmach buszowały małpy.

5
Nasz apartament. Piękny był nawet odświeżacz do powietrza. Takie łóżko powinno stać w mojej sypialni!!!

6
Otwarta łazienka z prywatnym basenem. To luksus na który mogliśmy sobie pozwolić dzięki niskiemu sezonowi na Bali.

7
Basen i wejście do apartamentu. Na tym stole serwowano nam posiłki zamawiane 24h.

8
A tak wyglądał teren hotelu, dróżka prowadzi do kolejnych apartamentów. Po prawej stronie typowe dla Bali wszechobecne rzeźby.

9
Wszystko było urządzone z gustem. Okno zasłaniała jedynie roleta więc wieczorem z winem w ręku najpierw można godzinami patrzeć na palmowy gaj rozpościerający się za oknem a później czekać na małe gekony :). Rano mieliśmy aż 5 towarzyszy :).

Wyposażenie części sypialniano-mieszkaniowej również robiło wrażenie. Każdy element należał do najwyższej klasy.  Odtwarzacz muzyki - słynny Zeppelin firmy Bowers & Wilkins. Wysokiej klasy ekspres do kawy, zawsze pełny pojemnik na lód, świetnie wyposażony mini bar itp.  Najbardziej zaskoczeni byliśmy jednak obsługą. Pracowników hotelu było sporo, zdecydowanie więcej niż mieszkańców a każdy napotkany znał nasze imiona już od pierwszego dnia pobytu. Pojawisz się przy przepięknym hotelowym basenie (jego zdjęcie można łatwo znaleźć po wpisaniu Bali w Google i wybraniu opcji „grafika” – wyświetli się na jednym z pierwszych miejsc!) a już po kilku chwilach uśmiechnięty kelner przynosi wodę i pyta czy już wybrałeś danie na obiad. Ręczniki oczywiście już wcześniej czekają na leżakach, zwinięte elegancko w rulon i przyozdobione świeżymi kwiatami. Na biurku w pokoju, obok oferty lotów helikopterem nad okolicą  (hotel ma własne lądowisko) leżą także wizytówki z moimi danymi, logo hotelu i tytułem „rezydenta hotelu”. Wystarczy je pokazać w dowolnej restauracji w Ubud aby sprowadzić dostępny dla nas busik – czyli ekskluzywny samochód z prywatnym kierowcą, który zna Twoje imię i nie pozwoli Ci samemu otworzyć drzwi. Menu restauracji jest tak obszerne, że trudno się na coś zdecydować. W dodatku wszystkie pozycje można zamawiać całą dobę, wprost do pokoju. Pomimo tego, byliśmy cały czas pytani czy życzymy sobie przygotowanie czegoś specjalnego, gdyż „wszyscy są tu po to by uczynić nasz pobyt jak najbardziej komfortowym i wyjątkowym”. Ponieważ zmęczenie długą podróżą i zmianą stref czasowych dało o sobie znać, obsługa od razu zaproponowała odwiezienie do pokoju melex-em a następnego dnia rano pytała „czy dziś czujemy się lepiej”. Kluczyki do samochodu zostawione na recepcji służyły temu, by rezydent nie musiał się męczyć spacerem na parking. Auto było przyprowadzane przez portiera wprost przed wyjście z hotelu. W swoich podróżach byliśmy w wielu hotelach, kilku renomowanych, pięciogwiazdkowych kurortach ale tego, jaka przepaść dzieli zwykłe sieciowe 5-ciogwiastkowce od luksusu w Viceroy nie da się opisać przez spisanie faktów i listy zalet. Przez całe 3 dni kompletnie nie dowierzaliśmy temu gdzie jesteśmy i jaki luksus nas otacza.

10
Basen w stylu infiniti tylko dla naszej dwójki!

11
Mały posiłek.

12
Zbliża się wieczór. Zaraz lunie ciepły deszcz.

13
I jeszcze raz nasz apartament :).



16
Rano witało nas słońce i małe gekony pożerające owady z naszej łazienki.


18
W oczekiwaniu na śniadanie. Wybór był ogromny. Pierwszy raz do śniadania serwowano nam przystawki i taką ilość świeżego soku, ze wszystkich owoców dostępnych na Bali, o jaką poprosiliśmy.

19
Na każdym leżaku czeka świeży ręcznik kąpielowy.

Szybko nadeszła jednak chwila, w której musieliśmy zejść na ziemię i przeprowadzić się do normalnego hotelu. Nazwa „hotel” jest trochę myląca, gdyż indonezyjskie hotele nie przypominają w niczym europejskich. To raczej bungalowy z tarasem, z zawsze otwartą łazienką – czy to bez sufitu, czy bez kawałka ściany pod sufitem, tak że zawsze biorąc prysznic możesz poczuć się jak na łonie przyrody a wieczorem odwiedzają Cię małe gekony. Na terenie zawsze znajdzie się mały basen a śniadania są serwowane na świeżym powietrzu. Planując zwiedzać i poruszać się po wyspie bardziej potrzebowaliśmy przechowalni bagażu z opcjonalną funkcją przespania się w nocy. Na podróżowanie z plecakiem jesteśmy zdecydowanie za wygodni :). J. Munari Resort & Spa po drugiej stronie Ubud, spełnił nasze oczekiwania. Sam hotel był dość prosty ale ciekawie urządzony. Możemy go polecić, bo nie ma się za bardzo do czego w nim przyczepić (choć otwarta na zewnątrz łazienka była zbyt często odwiedzana przez ślimaki).  

20
To już drugi hotel - Munari, a konkretnie taras przed naszym pokojem. Za plecami znajdowała się mała zewnętrzna kuchnia, dla osób które chciały sobie coś upichcić.

21
Otwarty basen to standard nawet w hostelach.

22
Wszystko było niesamowicie zielone, być może dzięki deszczowi, który padał każdego wieczora.

W ramach podróży po Bali łącznie rezydowaliśmy w 3 hotelach, co zdecydowanie ułatwiło nam zwiedzanie wyspy. Odległości pomiędzy miejscami, które chcieliśmy zobaczyć nie były odstraszająco duże, stan dróg nie pozwalał na szybkie podróżowanie. 

23
U stóp tarasów ryżowych. Przy tej prowizorycznej kładce po której baliśmy się przejść bo w stanie jest strasznym, stoi puszka z napisem "zbieramy na most":).

24
Ta praca na pewno do łatwych nie należy.

25
Pani ryżowa :).

26
Wizyta na plantacji agroturystycznej jakich jest wiele na północ od Ubud. Wejście jest darmowe. Można zobaczyć dojrzewające owoce i przyprawy w ich naturalnym środowisku. Tutaj widzimy banany :)

27
Ananas.

28
Kawa

29
Wydaje się, że to papaja.

30
Pokaz tradycyjnego wypalania luwak coffee, czyli kawy przetrawionej przez sympatyczne zwierzątka :).

31
Jest oczywistym, że to wyłącznie pokaz dla turystów. Nie rozumiemy dlaczego tak bardzo oburzona była tym faktem pani Pawlikowska w swojej książce o podróży po Bali (gdzie połowa dotyczy innej wyspy - Javy).

32
Degustacja kawy pochodzącej z odchodów luwaka :). W Warszawie to droga impreza,gdyż to najdroższa kawa na świecie. Tutaj w normalnej cenie, chociaż na początku czuliśmy wstręt :). Gratisowo otrzymaliśmy prażony groszek i kilka rodzajów lokalnych herbatek. Wszystko było smaczne.

33
To budka, w której mieszka luwak (ledwo widoczny, zwinięty w rogu). To enzymy trawienne tego zwierzaka powodują, że kawa ma delikatny smak. Pod drzwiczkami widać świeżą porcję... przyszłej kawy.

Jak wygląda urlop na Bali?

Spodziewacie się raju na ziemi? Tropikalnej Szwajcarii z idealnie przystrzyżonymi trawnikami i uśmiechniętymi mieszkańcami? Tak na Bali jest ale w zdecydowanie niewielu miejscach. Tylko tam, gdzie bogaty turysta dociera z biurem podróży i spędza 24h przez dwa tygodnie na terenie strzeżonego resortu, do którego nikt bez pozwolenia nie ma prawa wejść i gdzie karmią wszystkim, tylko nie indonezyjskim jedzeniem, gdzie w pokoju jest informacja, żeby nie wychodzić poza teren resortu, z nikim nie rozmawiać, broń boże nie jeść i nie pić!!! Wiemy o tym, bo spędziliśmy w takim miejscu 3 doby – było bajecznie, ale nie miało to nic wspólnego z prawdziwym klimatem tej wyspy. No może poza obsługą ubraną w tradycyjne balijskie stroje i balijskim tańcem wykonywanym na powitanie gości.

Jadąc na Bali nie należy zapominać, że Indonezja jest naprawdę biednym krajem. Według starych standardów nazewniczych to kraj trzeciego świata (ponoć dzisiaj już się tak nie mówi) i widać to praktycznie na każdym kroku. Pierwszego szoku doznaliśmy zaraz po opuszczeniu lotniska. Efekt szoku spotęgowany mieliśmy na własne życzenie, gdyż wypożyczyliśmy samochód zaraz na lotnisku i wyposażeni tylko w dolary ruszyliśmy w 50 kilometrową (tzn. ciężką, ponad dwugodzinną) podróż do hotelu. Jak ostatnie gapy nie wymieniliśmy pieniędzy na lotnisku licząc, że zrobimy to dopiero w hotelu. Okazało się jednak, że przed opuszczaniem parkingu trzeba najpierw za niego zapłacić (tylko w lokalnej walucie, brak możliwości zawrócenia) a kawałek dalej droga prowadzi na płatną estakadę (sytuacja identyczna). Oszukani na przeliczeniu dolarów (nie mamy pretensji, w końcu na własne życzenie) zatrzymaliśmy się na pierwszej stacji benzynowej, gdzie skorzystaliśmy z jednego z bankomatów, gdzie wprowadzona w ciemno kwota okazała się całkiem sporom kupeczką banknotów (na nasze było to około 400 zł).  

34
Standardowy ruch na Bali. Tutaj samo centrum Ubud. Jak widać, ofiarne nazwy kierunków potrafią być tutaj po angielsku.

35
Każdy ma swój skuter. Transportu publicznego nie ma albo jest go tak mało, że pozostał niezauważony.

36
Charakterystyczny element balijskiej architektury.

Oczywiście same problemy z rozliczeniami to tylko wierzchołek góry lodowej. W całej Indonezji obowiązuje ruch lewostronny (mój debiut). To naprawdę wymaga przyzwyczajenia, bo problemem jest nawet zmiana biegów lewą ręką.  Same przepisy ruchu drogowego są też bardzo umowne. Można odnieść wrażenie, że jedynym przestrzeganym przepisem, który ma odpowiednik w naszym prawodawstwie, jest sugestia by poruszanie odbywało się po odpowiedniej stronie. Cała reszta jest już jednak odmienna. Główną zasadą i najważniejszą strategią poruszania się po wyspie jest „wymuszenie”. Tam naprawdę jest jak w krajach arabskich, gdzie kilka strumieni pojazdów po prostu przenika przez siebie na każdym skrzyżowaniu. Do tego dochodzą bardzo wąskie drogi (to, że nikogo nie ściąłem lusterkiem uznaję za cud) oraz ogromne ilości skuterów. Skutery w ogóle pełnią rolę pojazdów ogólnego przeznaczenia. Skuter może być rodzinną limuzyną (dla 5 osób) czy vanem (bez kratki). Nie liczy się też pieszy. Kiedy na pierwszym przejściu chcieliśmy przepuścić dwie czekające dziewczyny, spojrzały na nas ze zdziwieniem a pojazdy za nami zaczęły wymownie trąbić.  Po kilku dniach można się jednak było przyzwyczaić.

37
Jedzie dostawa :).

38
Rodzinna przejażdżka. Tu nikt nie zna słowa "kask dla dziecka".

W temacie podróżowania po wyspie (samochód mieliśmy na 9 dni, więc zdążyliśmy trochę czasu na tamtejszych drogach spędzić) warto zaznaczyć jeszcze jedną istotną prawidłowość. Jakiś czas temu miałem przyjemność oglądać program Wojciecha Cejrowskiego, który zachwycał się ‘liberalnymi’ i nieuregulowanymi zasadami ruchu drogowego w wielu krajach południa. Zachwycał się nimi i sugerował, że to wręcz wzorcowe rozwiązanie. Nie dodał jednej istotnej rzeczy. Jazda rzeczywiście jest dość płynna, nie trzeba co chwilę się zatrzymywać, jest też dość bezpiecznie. Jeździ się jednak tragicznie wolno. Prędkości poza pojedynczymi odcinkami na południu wyspy, praktycznie nie przekraczają 50km/h a nasza średnia przez wszystkie dni niewiele przekraczała 25km/h! (a jechałem nie wolniej niż wszyscy). Jest naprawdę TRAGICZNIE, a co ważne bardzo męcząco, gdyż jazda wymaga ciągłego skupienia. Trzeba mieć cały czas oczy dokoła głowy i reagować na zagrożenie praktycznie co kilka sekund. Warszawa, stała się dla nas rajem komunikacyjnym :-).



41
Nasz środek transportu. Model nie występujący na europejskim rynku.

Czy na Bali jest ładnie? Jadąc samochodem można tego nie dostrzec. Widoki  zazwyczaj nie są zbyt fascynujące, ponieważ prawie cały czas jeździ się terenami mocno zalesionymi albo pośród lokalnej zabudowy. Chyba, że jedziemy pośród pól ryżowych. Bali to nie Toskania.  Wszystko równoważy jednak wspaniała roślinność i unikalna lokalna architektura. Miejsca zachwycające także oczywiście można znaleźć. Gdy się już do jakiegoś trafi, to widoki zapierają dech w piersiach. Cała wyspa przeorana jest głębokimi rowami schodzącymi z centralnie położonych wulkanów. Ich zbocza często zajmują rozległe, tarasowe uprawy ryżu. Jedną z bardziej malowniczych okolic jest Tegallalang, kilka kilometrów na północ od Ubud. Tutaj piękne widoki rozpościerają się  już z głównej drogi. Na spacer po tarasach (przygotowanych pod turystów) warto zabrać z sobą wodę, gdyż słońce praży niemiłosiernie a jest także dość stromo. Zmęczeni podróżnicy mogą odpocząć w jednej z wielu knajp zwróconych na tarasy a położonych przy głównej drodze. Można spróbować tak pysznych świeżych soków z owoców tropikalnych, że polecam spędzenie tu czasu nawet tym nie zmęczonym :-)

Ciąg dalszy nastąpi...

42
W budce na dole można kupić świeży kokos ze słomką:).






Podobała się relacja?   Załóż konto i dodaj własną!