w pogoni za słońcem - CHORWACJA
 AUTOR: kamelia2310  /  przeczytano: 1109 razy
 
 

Jak wyglądają śródziemnomorskie plaże, których piasek - choć raczej kamienie- nasiąknięte są oliwkami, balsamami i kremami, które dopiero co spłynęły ze spieczonych na czerwono ciał nordyckich wakacjowiczków? Chcąc sprawdzić, jak jest tam, gdzie mnie jeszcze nie było, spakowałam plecak i wyruszyłam na spotkanie z iluzoryczną niewiadomą, która liczyła ponad 1500km. Mając w kieszeniach dużo szczęścia zamknęłam drzwi i wcześnie rano wyruszyłam na poszukiwanie nowych przygód.


Wyruszyłam z Vukovaru - to chorwacki koniec świata. Wszędzie stamtąd jest daleko, za daleko... na tyle daleko, by za punkt honoru uznać dotarcie do Dubrovnika. Cóż, w kieszeni brzęczał zapas kun, jednak na pewno nie taki, by przejechać całą Chorwację, spać w posłanym łóżeczku i spijać śmietankę z restauracyjnej kawy. Ekwiwalentem turystycznych luksusów była mnogość przygód i niespodzianek...czasem również tych z dreszczykiem emocji!

Pierwszym punktem na mapie był Zagreb. Muszę przyznać, że głęboko rozczarowało mnie to miasto. Spacerując po zakamarkach chorwackiej stolicy, na każdym kroku z ciekawością rozglądałam się na lewo i prawo w nadziei na wielkie odkrycie. I cóż tutaj powiedzieć?

Katedrala Uznesenja Blažene Djevice Marije i svetih Stjepana i Ladislava  jest piękna - szczególnie rzeźbione wejście przyciąga uwagę na dłużej.

Chętnie opiszę luksus, jakiego zaznałam - jest to warte uwagi, gdyż to pierwszy i ostatni opłacony nocleg. Hostel całkiem blisko centrum, na dzień dobry zostałam poinformowana przez obsługę, że wychodząc klucze od pokoju powinnam zostawić w skrzynce na listy. Cóż, wydało mi się to kompletnie irracjonalne. Po burzliwej nocy w okropnie dusznym pokoju - właściciel nie pozwolił otworzyć okien w obawie przed porywistym wiatrem - zamknęłam drzwi na klucz, który zresztą zostawiłam w zamku - dla wygody obsługi hostelu. Zeszłam po schodach i zamknęłam za sobą kolejne drzwi. Tu pojawił się problem. Była 6 rano. Ja znalazłam się pomiędzy drzwiami,  KTÓRE WŁAŚNIE ZAMKNĘŁAM, a nie miały klamki, a drugimi złotymi wrotami, za którymi czekał na mnie Zagreb - te jednak wymagały użycia klucza, który został w moim pokojowym zameczku. Dookoła żywej duszy nie było widać, autobus do Pletwickich Jezior odjeżdżał za 20 minut, a właściciele mieli zjawić się o 8.00. Upierdliwe nawoływanie przywiodło Pana w slipkach i gigantycznym kacem na ramieniu, który to bardziej chyba był zdziwiony tym, że zdołał podnieść się z łóżka, niż tym, że sama nie mogłam wydostać się na zewnątrz. Otworzył mi okno, a raczej drzwi na świat... a mym oczom ukazała się śliczna skrzynka pocztowa, na której czarno na białym było napisane TUTAJ ZOSTAW KLUCZE OD POKOJU. Czasem  myślenie życia naprawdę nie ułatwia!







Zależało mi na tym, by na wybrzeże dostać się jak najszybciej. Przede wszystkim dlatego, że sporo czasu spędziłam na Wschodzie Chorwacji i znałam tamtejsze rejony dość dobrze. Tak więc wraz z chińskimi turystami obwieszonymi aparatami fotograficznymi i innymi gadżetami, autobusem udałam się do Plitwickich Jezior. Była to odkrywcza przejażdżka - po raz pierwszy w życiu miałam okazję przez 3 godziny tłuc się autostradą w korku.

Na miejscu pogoda była niezbyt ciekawa. Miejsca, które znajdują się na pierwszych stronach wszystkich przewodników, a co za tym idzie przyciągają tłumy turystów z całego świata, mnie stanowczo przerażają. Nie ze względu na swoją naturę lecz wizję przepychania się wśród zbitych gromad zorganizowanych wycieczek. To dla mnie istne piekło. Tak więc po przekroczeniu bram Parku Narodowego, tak szybko jak było to możliwe, czmychnęłam w góry, ponieważ widoki stamtąd były niesamowite, a po zabłoconych, słabo wydeptanych ścieżkach truchtali tylko socjopaci więc przestrzeni było sporo. Absorbującym zajęciem było obserwowanie przesuwających się jak gąsienice turystów, którzy kroczyli po drewnianych kładkach robiąc miliard zdjęć wodzie, rybom w wodzie, sobie na tle wody, sobie na tle ryb i wody.

Plitvice opuściłam późnym popołudniem i stanęłam przed dużym wyzwaniem przedostania się stamtąd na zachód. Cóż był przystanek autobusowy, ja jednak nie byłam obliczona na płacenie za bilety. Tak więc wyruszyłyśmy wzdłuż pobocza w poszukiwaniu dogodnego miejsca na łapanie stopa. Kierowcy zagranicznych samochodów trąbili na nas nieustannie, co po dłuższej chwili sprowadziło mnie na ziemię, ukazując mym oczom realne zagrożenie wynikające ze spacerku jaki sobie uskuteczniałam wśród gęstych zakrętów górskiej drogi. Wróciłyśmy na przystanek, trochę zrezygnowane, bo miałyśmy poczucie, że w takim tłumie ludzi czekających na autobus nikt się nie zatrzyma. Ja zaczęłam snuć plany spania w lesie, ponieważ robiło się późno. Miałyśmy dwie tabliczki SPLIT i ZADAR. Podczas gdy moja  koleżanka wyciągała tę pierwszą, nagle zatrzymał się samochód. Nie do końca wierzyłam w to, co się stało. Kierowca uświadomił mnie w tym, że jedzie bezpośrednio do Splitu. Tak więc z psem na kolanach, który nieustannie lizał mi nogi dojechałyśmy do miasta Dioklecjana.


10
Tutejsze zarośla należ do bardzo zachowałych w Europie. W parku są ostro chronione ponieważ tworzą miejsca niedostępne i puszcze. W lasach żyją niedźwiedzie, wilki, rysie, następnie sarny, dziki itd. Jeziore opływają obfitością rybną, żyją tu także raki, jednak ich łowienie jest zabronione.

Była ciemna noc. Zaczęłyśmy szukać miejsca do spania. Wyposażone w śpiwory ruszyłyśmy w kierunku miejskiej plaży. Ze względu na to, że całe nabrzeże jest zabudowane i pełne ludzi, wolnostojące leżaki pod latarnią morską wydały się idealną przystanią na najbliższą noc. Im było później, tym więcej ludzi zaczęło się schodzić na imprezy w pobliskich klubach. Kiedy już zasypiałam z paszportem w staniku i lustrzanką przeczepioną do paska, opatulona śpiworem, stanął przede mną opalony na brąz mężczyzna, który wykrzykiwał "Police, police, ne spavaju ovdje, out, out!!!" Zrozumiałam, że nasz plan wymaga zmiany. Zaczęłyśmy prowadzić rozmowy, by wynegocjować inne miejsce - już bez leżaka. Chorwat nie dał się przekonać. Cóż, więc sfrustrowane razem z moją koleżanką, ponownie udałyśmy się na poszukiwania... skończyło się na ławce kilkadziesiąt metrów od felernych leżaków. Spałyśmy na zmianę - ja pierwsza. I nagle obudziły mnie krzyki 'wstawaj, wstawaj, to Lorena!!!' :) Miałyśmy naprawdę dużo szczęścia! Moja koleżanka z Hiszpanii właśnie wtedy wybrała się na imprezę ze swoimi znajomymi i przechodziła obok naszej sypialni. Tak więc najbliższą noc spędziłyśmy na umytej podłodze z prysznicem za ścianą. To dla mnie istotna sprawa, ponieważ była to ostatnia okazja do umycia włosów w normalnych warunkach.

11
Wystarczyło zrobić dwa kroki w bok, by obok Pałacu Dioklecjana ujrzeć zapomniane chorwackie chatki. Zadziwiało mnie sąsiedztwo tych starych budynków, które ledwo co podtrzymywały na swoim szkielecie zwisające winogrona.



Spacerki po wypolerowanych jak lusterka posadzkach Starego Miasta były z pozoru zaplanowanym błądzeniem wśród wąskich uliczek - tak bardzo do siebie podobnych!!!

Przy okazji odwiedziłam również Trogir i Szybenik. Zdecydowanie bardziej podobało mi się w drugim mieście. Tam dociera niewielu turystów, można złapać oddech. Są to bardzo klimatyczne miejsca. Dodatkowo przejażdżka ze Splitu do okolicznych miejscowości przynosiła wiele cudnych widoków, które rekompensowały mdłości spowodowane wysoką temperaturą i zakrętami. Jednak po kilku dniach zorientowałam się, że sceneria się powiela, wszędzie te same okiennice, mokre prześcieradła i wyślizgane posadzki. Mała -ale odczuwalna- nuda popchnęła mnie do zmiany planów... choć może niekoniecznie, przecież już wtedy podróż żyła swoim życiem.




Zaczęłyśmy podróżować drogą morską. Pierwszym przystankiem był Hvar. Co to była za idylliczna kraina! O, tak! Szybko uporałyśmy się z noclegiem. Całkiem blisko portu znalazłyśmy istną skalną komnatę z widokiem na morze. Zasypiałam, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo - przepiękny widok! Rano mogłam dłużej pospać, bo z tyłu gęsty sosnowy las rzucał swój cień, chroniąc mój sen przed ostrym blaskiem wschodzącego słońca.


18
moje przedpokoje :) Z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że Dalmację najłatwiej rozpoznać po całodobowym koncercie cykad. Są strasznie głośne choć po pewnym czasie stają się po prostu tłem.


20
Stari Grad to najstarsze miasto na wyspie, rówieśnik Arystotelesa. W tym samym roku, 384 p.n.e., kiedy w Tracji rodził się ten sławny filozof grecki, Grecy z wyspy Parosa na Morzu Egejskim, założyli miasto na wyspie Hvar, które nazwali Faros. Historyczne serce wyspy Hvar, antyczne Faros (Stari Grad), zbudowane jest w miejscu, gdzie głęboki morski zalew przechodzi w urodzajne ziemie wyspy, arkadyjska dolinę, która już od tamtych czasów obsadzona jest winoroślami i drzewami oliwnymi.

W Hvarze (miasto) czułam się jak w bajce. Wyspiarski klimat wzbudzał we mnie poczucie bycia oddzieloną od reszty świata. Tam czas płynął inaczej, właściwie jakby stanął w miejscu. Najbardziej ciekawiły mnie jachty, które odwiedzały miejscowy port, swoim wyglądem zdecydowanie przypominający plan filmowy.

21
W mieście Hvar (wł. Lesina) większość odwiedzających przybywała z Francji, Wielkiej Brytanii i Skandynawii. Wcale mnie to nie dziwiło, biorąc pod uwagę bajońskie sumy, które należało wydawać, by skorzystać z lokalnych luksusów. To piękne bardzo wyszukane miejsce, gdzie porcja naleśników kosztuje około 90 kun :):)

22
Hvar.

23
Stari Grad.

Nie mogłyśmy wydostać się z wyspy, ponieważ promy, które nas interesowały kursowały w dużych odstępach czasowych. Rozpoczęło się polowanie na rybaków i turystów, którzy wybierali się w stronę Korćuli. Znów zapas szczęścia, który miałam w kieszeni się przydał, bo pomyślnie i całkiem przypadkowo wylądowałam na kolejnej chorwackiej wyspie.

Co to były za widoki! Zupełnie brakuje mi słów, by opisać moje pierwsze wrażenia po przypłynięciu na Korćulę. Wydawało mi się, że poprzednie wysepki, które widziałam były jak bajkowe krainy... a tu kolejne zaskoczenie.

Przede wszystkim musiałyśmy znaleźć miejsce do spania. Moje wyobrażenia na temat piaszczystych plaż i długich nabrzeżnych linii już dawno rozpłynęły się w gorącym powietrzu. Wybrzeże jest kamieniste, bardzo wąskie i zazwyczaj wędrówka brzegiem morza jest czymś niewykonalnym. Tak więc oddalając się od centrum wyspy znalazłyśmy kościół, a obok cmentarz. To był przedni pomysł. Miejsce, do którego nie zaglądają turyści, cicho, spokojnie... no i sporo równych i płaskich miejsc, by wyciągnąć swój kręgosłup - po ostatnich nocach spędzonych na kamieniach i szyszkach, zaczęłam czuć każdą kość z osobna. Jednak upiorne myśli, które zaczęły wypełniać wyobraźnię przegnały nas z naszego hoteliku. Ostatecznie wylądowałyśmy na skalnym urwisku. Osłonięte agawami zasnęłyśmy prawie bez problemu. O ile wcześniejsze noce był dla mnie przyjemnością, tak na Korćuli rozpoczęłam walkę z mrówkami, które wkradały się do mojego śpiwora. Nie wiem ile ich zjadłam, ale myślę, że moje nocne perturbacje skompensowały braki żywieniowe podczas tej podróży.  Tutaj budziłyśmy się ze wschodem słońca, a zasypiałyśmy jak tylko pojawiały się pierwsze gwiazdy. Tak więc nasza doba przypominała cykl czuwania małych dzieci. Cudownie było rozpocząć dzień od zanurkowania w ciepłej wodzie!



26
poranne widoczki :)



29
no, czym chata bogata!


Z żalem w sercu opuszczałam Korćulę. Czekał na nas Dubrovnik. Kiedy wpłynęłyśmy do portu, byłam rozczarowana. Oczekiwałam starych i potężnych murów, które będą nas witać... a zamiast tego mym oczom ukazał się pokaźny KONZUM - ichni supermarket. Najpierw walka o przetrwanie czyli szukanie miejsca na nocleg. Znajdowałyśmy się około 5 km od starego miasta więc opuszczona willa spełniała nasze wymagania. Mnóstwo tam było śladów -miałyśmy nadzieję, że nie - stałych bywalców. Tak czy siak z myślą powrotu w to miejsce, ruszyłyśmy w nieznane. Dubrovnik mnie oczarował. Architektura tego miasta jest niebywała! Atmosfera, która panuje w mieście po zachodzie słońca, na długo zapada w pamięć. Byłam oczarowana! To miejsce pełne mistycyzmu i klasycyzmu zarazem. Piękne.

W ciągu całej podróży spotykałyśmy różnych ludzi: interesujących, mniej interesujących, trochę interesujących i tylko dziwnych. W Dubrovniku trafił się Pan Muzyk, który rzucił swą gitarę i ruszył w pogoń za swoim przeznaczeniem, które ujrzał w moich oczach. Wędrując to tu, to tam takich karmicznych spotkań zbiera się cała miarka więc stają się one obowiązkowym punktem programu.

Wróciłyśmy do naszego domku, zmęczone chyba zmordowane ... w każdym razie na pewno brudne. I co ukazało się naszym oczom? Cała masa młodych mężczyzn, którzy właśnie rozgrywali mecz piłki nożnej na boisku, które znajdowało się tuż obok budynku. Było sporo po północy! Piesze wycieczki kibiców z przepełnionymi pęcherzami rozpełzały się po najbliższej okolicy. W tej chmarze rozentuzjazmowanych fanów nie było mowy o spokojnej nocy. Zrezygnowane zaczęłyśmy szukać noclegu od nowa. Padały różne pomysły. Spanie na cudzej łódce okazało się błędem, leżakowanie na ławkach też niekoniecznie sprzyjało wypoczynkowi. W końcu trafił się jakiś ogród. Weszłyśmy tam, badając teren z latarką w dłoni. Chciałyśmy się upewnić, co to za miejsce. Do tej pory nie wiem, czy w domach, które nas otaczały ktoś mieszkał czy też nie. Zasnęłyśmy od razu. To była najprzyjemniejsza noc -wbrew pozorom- podczas całej podróży. Miękko i spokojnie. Rano obudziłyśmy się pod krzewami liści laurowych! Cóż za niespodzianka :) Cały czas próbowałyśmy znaleźć ową roślinę, by oskubać ją z liści... tak więc to poranne spotkanie wymalowało uśmiech na naszych twarzach.

Zanim ulice Dubrovnika wypełniły się turystami, zwiedziłyśmy wszystkiego jego zakątki. Niewątpliwie miasto było pełne wdzięku zarówno w nocy, jak i w dzień.











Podobała się relacja?   Załóż konto i dodaj własną!


Zobacz jeszcze: