Gruzja - za wojenną drogą
 AUTOR: magnum  /  przeczytano: 979 razy
 
 

To relacja z  2012 roku, a więc jeszcze sprzed ery tanich lotów do Gruzji. Podróż zaczynamy od twardego lądowania w Armeni w Erywaniu.  Nasz pierwszy cel to dostać się do Tbilisi, a stamtąd Gruzińską Drogą Wojenną do górskiej miejscowości Kazbegi od 2007 roku nazywaną Stepanciminda. Tak naprawdę na tym etapie podróży samym celem stała się sama droga – Gruzińska Droga Wojenna właśnie, wijąca się od Tibili do Władykałkazu, łącząca Kaukaz Południowy z Północnym. Ale po kolei…

Po wylądowania u w Erywaniu, musieliśmy odstać swoje w kolejce aby dostać wizę, która kosztowała 3000 dram za osobę (wizę można kupić tylko i wyłącznie w lokalnej walucie). Potem taksi z lotniska do dworca, z którego odjeżdżały marszrutki do Tibilisi za 6500 dram od osoby. Zamiast marszrutką czyli załadowanym po brzegi busem, do Tibilisi można się dostać również taksówką – przy czym też będzie wyładowana po brzegi bo kierowcy zabierają do środka tylu ludzi i bagaży ile wlezie, a nawet więcej. Po dotarciu do Tibilisi dostajemy się do kolejnej marszrutki odjeżdżającej do Kazbegi.

Niewinnie wyglądającą na mapie odległość 103 km (Tibilisi – Kazbegi) w rzeczywistości odczuliśmy jak 663 km. O krok od piekła, a właściwie od przepaści. Gruzińska Droga Wojenna dostarcza nie lada emocji. Została tak nazwana w XIX wieku  - w czasie rosyjskiej aneksji Kaukazu, ruski car polecił ją utrzymywać cały rok przejezdną, co nie jest łatwe w czasie kaukaskiej zimy. Na drodze pełno jest śladów po lawinach, które w wielu miejscach całkowicie zdarły asfalt pozostawiając zamiast drogi metrowe muldy. Jadąc takimi odcinkami wszystkim w marszrutce w najlepszym wypadku głowy kiwały się we wszystkie strony. Było warto, głównie dla niesamowitych wręcz przytłaczjących ogromem górskich widoków. Jednym z najciekawszych etapów trasy był wjazd serpentynami na Przełęcz Krzyżową (2379 m n.p.m.) gdzie nawet latem zalega śnieg. Po trwającej około 3 godzin podróży dojechaliśmy do Kazbegi. 

W Kazbegi mieliśmy wcześniej zarezerwowany nocleg, ale bez problemu udało by nam się znaleźć coś i od ręki. Już pod marszrutką przywitała nasza uśmiechnięta i niezwykle energiczna gospodyni. Przez kolejne dni objechaliśmy okolicę starą Ładą Niwą z kimś na kształt lokalnego przewodnika. Dzięki temu zobaczyliśmy miejsca, o których nasz książkowy przewodnik ledwie przebąkiwał.


2
Klasztor Cminda Sameba.

3
Kazbegi

4
Mnich z klasztoru Cminda Sameba, w tle góra Kazbeg.



7
To miejsce zobaczyliśmy dzięki kierowcy-przewodnikowi. To większy z dwóch pięknie położonych wodospadów.

8
Lokalny sklep głównie z winem i chlebem.


10
Nasz kierowca, napełnia butelkę naturalnie gazowaną wodą mineralną.


12
A oto i nasz nocleg. Nie wyglądał obiecująco, ale miło się zaskoczyliśmy. Bardzo mili gospodarze i prawdziwe gruzińskie jedzenie.


14
Biblioteka naszej gospodyni.

15
Kolacja z 8 dań, a na końcu chinkali - czyli lokalne pierogi. Coś na co czekaliśmy z niecierpliwością. Było warto.

16
Punkt widokowy na trasie do przejścia granicznego w Rosją.

Po powrocie do Tibilisi, zwiedziliśmy miasto trochę alternatywnymi trasami, które pokazali nam lokalni znajomi. Spacerując opowiedzieli nam o codziennym życiu miasta, polityce i winie.



19
Tibilisi - stare miasto.






Będąc w Tibilisi warto pojechać do Mcchety – dawnej gruzińskiej stolicy, która jest oddalona od Tibilisi o zaledwie 25 km. Znajduje się tu mnóstwo zabytków. Dla mnie najważniejszym punktem w tym mieście była katedra Sweti Cchoweli z początku XI wieku, gdzie zgodnie z legendą pochowana została szata Chrystusa. Katedra to również jedno z najważniejszych sakralnych miejsc w Gruzji gdzie chowani byli przywódcy narodu i kościoła.

25
Budynek wewnątrz Sweti Cchoweli w którym wg legendy miała być pochowana szata Chrystusa.



28
Kolejny symbol Gruzji - niesamowicie słodkie oranżady.

29
Krowy w Mcchecie.

Kontynuujemy podróż, tym razem pociągiem do Batumi. Bilety warto kupić przez internet jeszcze w Polsce. Podróż tam i z powrotem kosztowała około 85 zł/osoba.

30
Kuszetka dla 2 osób.

31
Plaża z widokiem na port w Batumi.

32
Alfabet Tower – konstrukcja na której umieszczono gruziński alfabet. Warto przespacerować się obok wieczorek, kiedy widać iluminacje.

33
Przejście graniczne z Turcją w Serpi. Budynek w kształcie klucza ma symbolizować przejście pomiędzy Azją do Europą.

Do Polski wracaliśmy również przez Armenię. Tym razem zarezerwowaliśmy sobie trochę czasu na zwiedzanie Erywanu. Można się tu poczuć jak w zachodnioeuropejskim mieście. Warto wejść na tzw Kaskady, czyli jedno z najbardziej niezwykłych muzeów na świecie, częściowo na powierzchni, częściowo ukryte wewnątrz samych schodów. Muzeum prezentuje dorobek kulturalny Ormian. Po dotarciu na górę można podziwiać panoramę miasta. 



36
Typowy widok na ulicach Erywanu – klony Kim Kardaszian

37
Stary, nieczynny terminal na lotnisku w Erywanu niczym z filmu science-fiction.

38
Wejście do nowego terminala, całkiem efektownego. Jakie było nasze zaskoczenie gdy po odprawie czekając na samolot spotkaliśmy Andre Simoniana, wolalistę ormiańskiego zespołu The Beautified Project, których muzyki słuchaliśmy sporo przygotowując się do wyprawy :)



Podobała się relacja?   Załóż konto i dodaj własną!


Zobacz jeszcze: